Wratislavia Cantans: "Widma" już dziś

Małgorzata Matuszewska
Wratislavia Cantans/materiały prasowe
Udostępnij:
Wratislavia Cantans zaprasza dziś na sceniczne wykonanie "Widm" Stanisława Moniuszki. O "Dziadach", naszych problemach i niepokojach, opowiada Paweł Passini, reżyser.

Jaki ma Pan sposób na opowiedzenie drugiej części „Dziadów”?
Ta przygoda rozpoczęła się od propozycji Andrzeja Kosendiaka, żeby przywołać „Widma” Moniuszki, czyli Kantatę do „Dziadów części 2.” Od momentu pierwszego kontaktu z tą muzyką miałem w sobie pytanie: co ten Moniuszko zrobił z moim Mickiewiczem? Równocześnie zastanawiałem się, co nam dziś pozwala słuchać kantaty Moniuszki w przepięknej sali Narodowego Forum Muzyki i wsłuchiwać się w dale kie wołanie ludzi, którzy nie mają swojego miejsca, chowających się z obrzędem w kaplicy, zamkniętych w więzieniach, będących są na samym dnie. A my tu, w pięknym Wrocławiu, w lśniącym XXI wieku, w sercu Europy, gdzie wreszcie mamy swoje miejsce, w szczęśliwie długim okresie bez wojny za miedzą - tu przywołujemy „Dziady”: głos z czasów, kiedy nie było nic. Wydaje mi się, że Moniuszko za pomocą muzyki próbuje uczynić to doświadczenie zrozumiałym dla szerokiego europejskiego odbiorcy. A przecież to między innymi „Widma” uczyniły z Moniuszki europejskiego kompozytora i były wykonywane przede wszystkim poza granicami. Dzięki temu mamy na przykład tłumaczenie drugiej część Dziadów na niemiecki - istnieje bowiem wersja niemiecka „Widm”. Wiemy, jak trudno przetłumaczyć arcydramat na jakikolwiek inny język, niż słowiański. W warstwie muzycznej kompozytor usiłuje uzyskać coś, co jest bardziej zrozumiałe, zachodnie i europejskie. Usiłuje otworzyć te nasze hermetyczne gusła. Ale przede wszystkim zostawia ślad, zaświadcza o ich istnieniu. Dziś znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra.
Niezależna wspólnota polska, która jest dla nas głównym punktem odniesienia w „Dziadach”, była wspólnotą wyobrażoną, wyśnioną, nierealną. Dziś nie musimy się starać o jej odzyskanie, ale o zachowanie. Byliśmy widmami, które nie mając swojego miejsca, zawieszone pomiędzy światami, proszą o „choćby dwa goryczy ziarnka”. Dzisiaj to my mamy kogoś do nakarmienia. I teraz to my, żyjący w dostatku i dobrobycie musimy nastawiać ucha. Mickiewicz mówi: to jest obrzęd, dotyczący tego, co nas jako wspólnotę niepokoi. Zamykamy się w opuszczonej kaplicy po to, żeby stanąć twarzą w twarz z naszymi lękami, zaprosić dręczące nas demony na ucztę. I przychodzą zmarłe dzieci, żeby opowiedzieć rodzicom, że tylko krok dzieli je od raju. I przychodzi zły pan, żeby wreszcie uznać swoje winy. I przychodzi dziewica, która mówi: w życiu nikogo nie kochałam, zawsze ponad światem, “ani wzbić się pod niebiosa, ani dotknąć ziemi” . I dowiadujemy się, że my wszyscy też powinniśmy tknąć ziemi choćby raz w życiu. Duchy uczą nas współczucia, współodczuwania. Zmarli uczą nas życia.
Bardzo mnie Pan zaniepokoił, mówiąc o wojnie, której nie ma. Jestem obywatelką świata, na którym codziennie jest wojna. Mówi Pan o wejściu Moniuszki do Europy „Widmami”.
Mnie też najbardziej niepokoi wojna. Dlatego w naszych „Widmach” pojawiają się syryjskie Białe Hełmy. Przyprowadzają ofiary wojny, którą nieumyślnie, a może przez zaniechanie my też toczymy. Dlatego wszyscy śpiewacy soliści występują w strojach ludzi, którzy dziś w Syrii wyciągają ofiary bombardowań spod gruzów. Do naszej rzeczywistości przebijają się te obrazy przez media, ale trochę też przez sztukę. Niedawno dokumentalny film o Białych Hełmach zdobył Oscara, i nagle tą drogą „oscarową” przychodzi do nas ten temat. Naszych guseł nie musimy już odprawiać w zrujnowanej kaplicy. Przychodzą do mnie Beksiński i Kantor, bo to ci polscy twórcy, którzy opowiadają o bardzo indywidualnym doświadczeniu okrucieństwa, absurdu wojny i wszechwładzy śmierci. To twórcy, którzy spowodowali, że nasza mądrość w cierpieniu, jest zrozumiała dla kogoś z zewnątrz. Pozwolili, by ktoś wejrzał w jądro naszego cierpienia, które my, jako Polacy namaszczeni romantyczną tradycją, w sobie niesiemy. Koncept Polski – Chrystusa narodów przede wszystkim dotyczy tego, że Polska, jak nikt, doznała niezawinionych cierpień. Ale nasze cierpienia mają powodować rodzaj nadwiedzy, nadwrażliwości. Tymczasem siedzimy sobie i słuchamy Moniuszki, który nam całkiem przyjemnie przygrywa. I zaczynamy się kołysać w rytm piosenki, w której dwoje dzieci śpiewa o tym, że nie żyje. Oglądając pozłotko, które Moniuszko położył na mickiewiczowskich gusłach, próbuję je zdrapywać, żeby dostać się pod powierzchnię, żeby to nie było takie miłe.
A druga część „Dziadów” wydaje się nam niemal przyjazna…
Nie wiadomo, z jakiego powodu, w naszej tradycji funkcjonuje jako najlżejszy fragment dzieła, najbardziej fantastyczny, oderwany od rzeczywistości i serwujemy go dzieciom w szóstej klasie, jako pierwszą porcję arcydramatu. Gusła postrzegamy jako wytwór romantycznej wyobraźni. A tymczasem Mickiewicz sam pisze: „ja w tym brałem udział”. Wyobrażajcie sobie, że to się dzieje naprawdę. Co to znaczy „naprawdę”? Czy tam się pojawiała ektoplazma i ktoś widział wirujące pod sufitem dzieci? Chyba nie, bo wszyscy mówią wierszem. Wiedzą, co będzie powiedziane, zanim rytuał się rozpocznie. Wszyscy znają kwestie, co przypomina misterium, gdzie wszyscy też znają swoje role i ich finał. Oni robili to po to, żeby się wcielić w te postaci i musiało im się to udawać, bo wracali tam co roku, korzystając z pomocy człowieka, którego określają słowem „guślarz”. Nad rolą tego człowieka Mickiewicz się bardzo zastanawia.
A Moniuszko?
Bierze drugą część „Dziadów”, pisze do niej muzykę, część zostawia bez muzyki. To ciekawe, jakiego dokonuje wyboru, gdzie decyduje się orkiestrować i śpiewać, a gdzie zostawia samo słowo. Do tego wszystkiego na samym początku umieszcza motto Mickiewicza: „byłem w tym, brałem w tym udział”. I ciekawie się kończy, że te fragmenty są z gminnej poezji wzięte. A my jesteśmy w orkiestracji Moniuszki, ale cały czas on decyduje się zostawić fragment, mówiący, że to było naprawdę. Dlaczego? Być może wierzy, że za pomocą muzyki daje nam kontakt z tym, co autentyczne w tym obrzędzie, z autentycznym przeżyciem swojej relacji ze zmarłymi. Język muzyczny być może jest dla nas dziś trudniejszy, żeby uwierzyć w rzeczywisty niepokój, który może wzbudzać ta muzyka. W pięknej arii Zosi chodzi o powtórzenie tematu i opowiedzenie o męce dotykającej tę dziewczynę. Próbuję zrealizować program Moniuszki: nie pozwolić mu się stać narodową maskotką, ale wskazać na rolę, którą sam sobie wziął.
Jaką?
Za pomocą muzyki nadać moc mickiewiczowskiemu tekstowi, który ma nas zaniepokoić. Obudzić, nie uśpić.
Gusła, Wszystkich Świętych, święto zmarłych są po to, żeby powiedzieć, że my wiemy, co zmarli chcą nam powiedzieć. Bardzo często mówi się, że babcia lub dziadek chcieliby tego, albo zrobili to. Skąd to wiemy?
Bardzo często więcej jest samych pytań. I chyba w ogóle dlatego zaczynamy te rozmowy i pozwalamy sobie powiedzieć: „babcia by chciała”, bo czujemy, że sprawy z nimi nie są pozałatwiane. Ale w ten sposób mówimy o sobie, niż o nich. Tak samo jest w teatrze. Też niby wiemy, czego chce Hamlet, czego boi się Ofelia, ale ich przecież nie ma. To ja jestem. Święto zmarłych jest potrzebne żywym, nie zmarłym.
To, co próbujemy zrobić w ogromnej sali koncertowej, która nie chce łatwo zamienić się w teatr i trudno poddaje się teatralnej formie, więc akcja wychodzi poza scenę. Trochę na zasadzie, żeby dać szansę widzom, będącym w sytuacji stawiania pytań. Na końcu ta muzyka, zresztą fenomenalnie wykonywana przez Wrocławską Orkiestrę Barokową, a przesłuchałem wszystkie wykonania „Widm” i nie słyszałem tego tak świetnie zagranego i odczytanego, jak w odczytaniu Andrzeja Kosendiaka. Tam są wykonywane ruchy, które prowokują mnie, żeby teatr był niepokojący. Są instrumenty z epoki, barokowe, ale też późniejsze, brzmienie, dzięki strunom jelitowym i naturalnym rogom jest cieplejsze. Mniej pompatyczne, bardziej mistyczne. Jest w tym ciepłym brzmieniu orkiestry barokowej coś więcej. Moniuszko jest melodyjny, co łatwo jest spłaszczyć do melodii, zapominając o brzmieniu. A tam się dużo dzieje w brzmieniu.
Moniuszko nie jest poczciwy?
Pracując nad „Halką” pierwszy raz stwierdziłem, że wcale nie jest taki poczciwy, jak się wydaje. Mamy skłonność do tego, żeby ugłaskiwać naszych twórców, Moniuszkę też – choćby przez „Śpiewnik domowy”. To nie jest poczciwe, „Śpiewnik” sprawił, że istnieje takie zjawisko, jak muzyka polska, do którego można się odnosić, gdzieś pobrzmiewa harmoniami, że w ogóle coś takiego funkcjonuje. Próbujemy Moniuszkę traktować jako kolegę, artystę, obok Kantora, który jest guślarzem i Beksińskiego. Przez to, co się udało orkiestrze i chórowi NFM-u, Moniuszko nie jest poczciwym gadżetem promującym Polskę, ale zaczyna rezonować tym, czym chciał. Wierzę, że nie bez powodu sięgnął po Mickiewicza i zostawił w tym utworze rzeczy dla Mickiewicza ważne. To się miało nazywać „Dziady”, ale cenzura się nie zgodziła. Kiedy wystawiałem „Dziady” w Brześciu na Białorusi, po raz pierwszy miałem do czynienia z cenzurą. Człowiek zastanawia się, jak obejść się z dziełem, żeby wybrzmiało mimo ingerencji. To moment zbliżenia się do autora, wsłuchania w wewnętrzne życie utworu. Trzeba wierzyć, że Moniuszko nie traktuje Dziadów powierzchownie, nie traktuje tego jako ciekawy temat kilku ładnych melodyjek. Świadomie ściera lukier. Bo w całości „Widma” są jak gusła: buchnęło, zawrzało i zgasło.
Wratislavia Cantans: "Widma" w Narodowym Forum Muzyki (Wrocław, pl. Wolności), 12 września o godz. 19 (bilety zostały wyprzedane) i o godz. 21.45 (są jeszcze bilety od 70 do 110 zł).

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Cannes – festiwal filmu i kreacji

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie