Orest Lenczyk: Jest tutaj z kim pracować

Z Orestem Lenczykiem, nowym trenerem Śląska, rozmawia Mariusz Wiśniewski
 Fot. Andrzej Banaś

Od razu zaznaczam, że na głupie pytania będę głupio odpowiadał. Bo ile można odpowiadać mądrze na głupie pytania?

Postaram się zadawać mądre pytania. Chyba dużo się zmieniło przez te 30 lat, kiedy ostatnio był Pan trenerem Śląska?
Mówiąc językiem politycznym - zmieniło się wszystko, bo nie ma generałów, nie ma sekretarzy partii i nie ma sytuacji dramatycznej przed stanem wojennym. Wtedy taka była i miała wpływ na to, co się dzieje w piłce nożnej. Najlepszy przykład na to, że zatrudniali mnie wtedy w Śląsku ludzie z partii, a wyrzucali generałowie. Nie ma nawet co porównywać tego z teraźniejszością. Gdyby zadał mi pan teraz pytanie, czy wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to ja powiedziałbym wprost: po 30 latach nawet rzeki zmieniają swój bieg.

Ktoś jeszcze został z tamtego Śląska na Oporowskiej, czy tylko Janusz Sybis?
A Janusz to chodzi za mną teraz cały czas. Kochał mnie wtedy i może dalej mnie kocha. I przypomina mi takie rzeczy, które już dawno wyleciały mi z głowy. Ale zdaję sobie sprawę, że wiele mu zawdzięczam, bo mi bramki strzelał.

Czy to, że pracował Pan kiedyś w Śląsku, miało wpływ na Pana decyzję?
Inaczej powiem. Ja tutaj nie pracowałem. Ja do Wrocławia przyjechałem na studia, jako student przeżyłem najwspanialsze swoje lata, tutaj poznałem swoją żonę, tutaj się ożeniłem, brałem ślub w katedrze... Ciekawe w ogóle, ilu wrocławian brało ślub w katedrze. Ale mówię dalej: tutaj się urodziło moje pierwsze dziecko, a później, po śmierci ojca, byłem zmuszony opuścić Wrocław, chociaż miałem na Politechnice bardzo fajną pracę. Ja miałem specjalizację z piłki nożnej i z narciarstwa. Jeździłem ze studentami i z pracownikami naukowymi w Karkonosze. Kochałem narty i chociaż miałem specjalizację z piłki nożnej, nigdy nie sądziłem, że będę trenerem. Nastawiałem się na pracę na uczelni. Ale zmarł mi ojciec i wszystko się poprzewracało. Moje rodzeństwo studiowało i postanowiliśmy, że to ja wrócę do mamy. I mam satysfakcję, bo ja pomogłem mamie, a mama mnie. Skorzystałem z okazji, że prezes Karpat Krosno, notabene uczeń mojego ojca, dowiedział się, że mogę prowadzić drużynę i zaproponował mi pracę w Krośnie, a to 40 kilometrów od Sanoka. Mama się cieszyła, że jestem tam, ja też się cieszyłem, że jestem przy niej i tak się zaczęła moja przygoda z trenowaniem. Cały czas się trzymałem tamtych regionów Polski, aby być blisko matki. Pamiętam, że miałem propozycje z Poznania, Gdańska, ale to było za daleko. I co jeszcze? Mam nadzieję, że przez te lata nie zgłupiałem.

I nie ma Pan już dość tej piłki nożnej po ponad 30 latach pracy?
Ale dlaczego miałbym mieć dość? Niech pan zobaczy, jest tutaj 20 fajnych chłopaków, którzy na treningu pracowali ekstra. Czasami któryś rzucił mięsem, ale kto mięsa nie lubi.

Niektórzy powiedzą...
A tam, powiedzą. Już pisaliście, że ledwo chodzi, a jeszcze chce się garnąć do piłki nożnej. Czasami ktoś do mnie zadzwoni i pyta: czytałeś w internecie? Ale ja tam nie czytam. Gdybym to czytał i się tym przejmował, to chyba bym musiał sobie w łeb strzelić. Przecież w internecie piszą też niepełnosprawni umysłowo, a więc czym się przejmować.

Oglądał Pan w telewizji ligę i tak: pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta porażka i pomyślał sobie: oho, to pewnie zaraz do mnie zadzwonią z Wrocławia?

Zacznę od tego, że mam spore problemy ostatnio w domu i dobrze się złożyło, że nigdzie nie musiałem wyjeżdżać. Zaczęło się to na tyle polepszać, że jak ktoś zadzwonił, to odpowiadałem: czemu nie, ale jeszcze trochę. Poza tym, mieszkając w Krakowie, mam doskonałe połączenie z Wrocławiem. Jest autostrada i jest intercity. Idąc gdzieś indziej w Polskę, gdzie są pieniądze, ale klub taki, że trudno go znaleźć na mapie, bo nie ma takich map w Europie, na których jest zaznaczone to miasto, nie chciałem. Też się zastanawiałem: po co mam tam iść? Ja nie muszę pracować. Jestem stary, jak pan wspomniał, od trzech lat mogę być na emeryturze, ale nie jestem i nie biorę złotówki z emerytury. Ciekawe, czy ktoś napisze, że te pieniądze oddaję tym, którzy są biedniejsi ode mnie? Nikt nie napisze, bo powiedzą, że zgłupiał. Nie bierze, powiedzmy tam, te dwa tysiące co najmniej. Ale... Od momentu, kiedy zobaczyłem, że się nadaję do roboty na boisku, to mam ogromną satysfakcję. Kiedyś, jak mama powiedziała, że zostałem trenerem, a brat i siostra są lekarzami, to tak wyczułem, że w planach rodziny było, abym ja też był lekarzem. Ale po latach mówię: ja przynajmniej pracuję z młodymi. A brat czy siostra, jak przyjdą do mnie, to śmierdzą szpitalem. Ja nie mogę powiedzieć, że ja kocham piłkę nożną. Kocham to ja żonę, dzieci. Ale mogę powiedzieć, że ja lubię piłkę nożną i lubię pracę na boisku. A jeżeli już jesteśmy przy boisku. Szanuję tych, którzy są uczciwi w czasie treningów, w czasie meczów, bo widzę sens pracy z nimi, bo kolejny mecz daje możliwość osiągnięcia takiego wyniku, że potem kolejny tydzień pracuje się z większym optymizmem. Patrzy się na progresję formy i umiejętności zawodników, na 17- czy 18-letnich zawodników, którzy są nieopierzonymi kurczakami, a za rok czy dwa nagle są podstawowymi graczami. Ma się z tego satysfakcję. Później powołanie do reprezentacji i jest ekstra. Przecież, jak zaczynałem w Bełchatowie, to o takich piłkarzach, jak Matusiak czy Garguła niewiele osób słyszało. A Pietrasiak był na rezerwie w rezerwie. A po kilku latach wszyscy wiedzą, że Matusiak to Matusiak, Garguła to Garguła i tak dalej. Albo taka historia. Oglądam ostatnio mecz Bełchatowa i wszyscy mówią: jaki ten Poźniak fajny chłopak. Nikt jednak nie powie, że to ja sprowadziłem tego piłkarza. Spotkałem trenera tego chłopaka... Ale to też ciekawa historia, bo siedziałem sobie w pokoju, jak teraz siedzimy, i widzę, że ten pan przyszedł i ma do mnie jakąś sprawę, ale się boi zagadać. Bo wy piszecie, że mnie się wszyscy boją, to nawet jak ktoś pierwszy raz ma ze mną do czynienia, to się już z góry boi. Więc pierwszy zagadałem i on mi mówi, że ma ciekawego chłopaka. Pytam się, jaki to klub. On mi mówi, że to tam piąta czy szósta liga. Pomyślałem: zwariował, czy co. On tak gadał, gadał, a więc mówię: dobrze, niech pan zostawi jakiś numer do siebie i powie, kiedy go można obejrzeć. I mieli grać w Zamościu, ale nie z Hetmanem, tylko jakimś innym zespołem. Tak się złożyło, że Marek Wleciałowski jechał wtedy do Zamościa do rodziny i przy okazji zajrzał na ten mecz. Dzwonię i się pytam: Marku, i jak? I słyszę: Jaja. Pytam: Co jaja? Słyszę: On jest najlepszy na boisku. To mówię: Natychmiast go przywieź. To nie było takie proste, bo on miał zaledwie 17 lat. Później zrobiliśmy mu badania i lekarz się załamał. Szybkości zero, kondycja dobra, ale bez cudów. Ja mówię: Panie doktorze, ale on jest inteligentny na boisku, czy pan to rozumie? A on: Rozumiem. Tu nie chodziło, że on jest profesorem, bo znam profesorów głupków, że szkoda gadać, ale on był inteligentny na boisku, a to coś nieprawdopodobnego. Jak ma pięć możliwości podania: bardzo łatwe, łatwe, trudne, bardzo trudne i profesorskie, to on wybiera to czwarte lub piąte. Inni wezmą pierwsze lub drugie, a i tak stracą piłkę. Mając takiego piłkarza inteligentnego, jest szansa, że gra eksploduje i pójdzie w górę.
Ale się rozgadałem. Zadaj mi pan następne pytanie.

Ciężkie były rozmowy z włodarzami Śląska?
Chce pan napisać, że ciężkie.

Chcę napisać, jak było. Jak były ciężkie, to napiszę, że było ciężko.
Przede wszystkim zapytano: czy jestem zainteresowany. A ja chciałem się dowiedzieć, czego ode mnie oczekują i co się dzieje. Powiedziano mi, że sprawa nie jest po wybuchu granatu i że od pewnego czasu brana jest pod uwagę zmiana trenera. Poprosiłem o następną rozmowę, a w międzyczasie obejrzałem sobie te wszystkie ostatnie mecze Śląska, przejrzałem CV zawodników i doszedłem do wniosku, że jest tam z kim pracować. Bo miejsce w tabeli i wyniki nie mówią o wszystkim. Mnie dwa razy zwalniano z klubu, mimo że byłem na pierwszym miejscu w tabeli. Sam wynik jest pewną wypadkową. Co innego też trzeba zrobić ze Śląskiem, co innego w Wiśle, a jeszcze co innego w Realu Madryt. I dlatego też nie można do oceny wszystkich przykładać tej samej miary.

Będzie Pan musiał wydźwignąć zespół, ale też zmierzyć się z mitem Ryszarda Tarasiewicza, który był wielbiony przez piłkarzy.

Nie interesuje mnie to. Ja Ryszarda Tarasiewicza wprowadzałem do zespołu w sposób, w który nie wprowadzałem żadnego innego zawodnika. Dosłownie przyprowadziłem go na trening, bo spotkałem go na basenie i mówię: Przyjdź na trening po południu z pierwszym zespołem. Wiedziałem, że mam do czynienia z kimś, chociaż jego cechy charakteru nie odpowiadały ludziom rządzącym w klubie. Ale jego talent i kariera udowodniły, że się nie myliłem. A trenerem tylko wtedy jest się bardzo dobrym, jak się zdobywa jakieś trofea, bo to się liczy dla kibiców i dziennikarzy. Ja cenię też to, co trener zrobił z tym zespołem. Jeżeli wywalczył jeden awans, drugi awans, sprawił, że piłkarze, którzy byli zaściankiem, stali się graczami decydującymi o obliczu zespołu, to jednak oznacza, że coś osiągnął i potrafi.

Mecz z Wisłą. Chyba dla Pana każdy mecz w Krakowie jest wyjątkowy?

Coś w tym jest. W Krakowie mieszkam już 35 lat i w dodatku trzymam się ekstraklasy, a więc tych meczów już się trochę zebrało. Z jakąkolwiek drużyną jechałem do Krakowa, to faworytem była Wisła. Ale to dobrze jechać do faworyta, bo się gra na większym luzie. Pod warunkiem że się spełni swoje zadania pod względem taktycznym i nie zapomina, że się przyjeżdża do Krakowa z jednym punktem, którego trzeba bronić z całych sił, ale również myśleć o tym, że Wisła nie jest w tej chwili drużyną niepokonaną i bez wad. Oglądaliśmy z trenerem Wleciałowskim mecze Śląska i widzieliśmy, że jest tu wielu piłkarzy, którzy potrafią grać i wiedzą, co mają zrobić z piłką na boisku. Z pewnością problem jest ze skutecznością i z grą obronną. Widzimy jednak, że zawodnicy rozmawiają z nami, uśmiechają się, a więc nie jest tak źle.

Sytuacja wygląda trochę podobnie do tej, kiedy obejmował Pan Cracovię. Wtedy kilka dni po tym, jak został Pan trenerem Cracovii, graliście z Legią w Warszawie i nikt nie dawał wam szans, a wróciliście ze zdobyczą punktową.

Dla mnie nie ma tutaj analogii. Obserwując jednak dzisiejszy trening, śmiało mogę powiedzieć, że piłkarze Śląska są w znacznie lepszej dyspozycji, niż byli wtedy gracze Cracovii. Poza tym każdy mecz jest inny. My jedziemy na Wisłę, gdzie na stadionie zjawi się ponad 20 tysięcy kibiców. Tam nie ma też po ostatnich meczach atmosfery Wersalu i koniecznie będą chcieli z nami wygrać. Oby to był mecz z wyższej półki i zakończył się z korzyścią dla Śląska.
Rozmawiał Mariusz Wiśniewski

  • Polska Gazeta Wrocławska
Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.