Woody na planie "Co nas kręci, co nas podnieca" Woody na planie "Co nas kręci, co nas podnieca"

Woody na planie "Co nas kręci, co nas podnieca" (© fot. kino świat)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Kocha swoje miasto - w nim się urodził, mieszka i nakręcił prawie wszystkie filmy. I chociaż kilka lat temu po raz pierwszy zdradził Nowy Jork dla Londynu, a potem dla Barcelony, w najnowszym obrazie (długo oklaskiwanym w Cannes) znowu wraca do korzeni.

A główny bohater "Co nas kręci, co nas podnieca" to jak zwykle nieco neurotyczny nowojorski ekscentryk. Dokładnie tak jak on sam.

Woody Allen od dzieciństwa uwielbiał się wyróżniać, a z rozmaitych dziwactw uczynił swój znak rozpoznawczy. Sam przyznaje się m.in. do arachnofobii (lęku przed pająkami). Panicznie boi się też... hotelowych łazienek. A postaci w jego filmach regularnie uczęszczają do psychoterapeutów. Jeden z dziennikarzy pisał o nim, że lubi sprawiać wrażenie otwartego, choć jest skryty i "wewnętrznie skręcony jak korkociąg". Spora w tym zasługa specyficznego dzieciństwa, które po latach genialnie zacytował w "Annie Hall" - jednym ze swoich największych artystycznych sukcesów. W filmie pokazał swoją żydowską rodzinę z Brooklynu - pełną zwariowanych, niekonwencjonalnych, choć ciepłych ludzi.

Kariera Allana Stewarta Konigsberga, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko Allena, zaczęła się od wymyślania dowcipów dla lokalnej prasy za 200 dolarów tygodniowo. Gazetę zamienił potem na telewizję, a tę wkrótce na film. W 1965 roku, jako trzydziestolatek, zaczął pracę w przemyśle filmowym, pisząc scenariusz do filmu "Co nowego, kotku?" Clive'a Donnera. Przełomem okazał się jednak o cztery lata późniejszy jego własny obraz "Łap forsę i w nogi" z autorskim scenariuszem (i główną rolą zagraną przez niego). Publiczność nie była jeszcze gotowa na gagi Allena, ale lata siedemdziesiąte stały się najlepszym okresem w karierze Amerykanina. Prasa pisała o Woodym "ważący niecałe pięćdziesiąt kilogramów słabeusz o umyśle supermana", a w 1978 roku dostał Oscara za reżyserię "Annie Hall". Na gali w ogóle się nie zjawił, wolał grać na klarnecie w jednym z jazzowych klubów. To jego wielka pasja, choć trzeba przyznać uczciwie, że robienie filmów wychodzi mu znacznie lepiej.

Allen podobno zawsze chciał nakręcić prawdziwe arcydzieło na miarę Kurosawy i Bergmana. Wychodziły mu jednak komedie, mocno podlane intelektualnym sosem. W wielu produkcjach grał siebie - nowojorskiego neurotyka, który walczy z hipochondrią i przełamuje stereotypy. Nawet wyznanie miłosne dla Diane Keaton w "Annie Hall" brzmi jak lekka drwina. Woody przekręca tradycyjne "I love you" i akcentuje "I loooove you", manifestując po raz kolejny, że nienawidzi sztampy.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: